Scenarzysta i reżyser Dan Gilroy zdaje się mieć swego rodzaju obsesję na punkcie zawodowej moralności. Najpierw ukazał nieetyczne zachowania dziennikarskie w Wolnym Strzelcu, a później przedstawił losy idealistycznego prawnika w Roman J. Israel, Esq. Teraz powraca z hybrydową satyrą grozy, czyli z Velvet Buzzsaw. Gilroy ponownie łączy tu siły ze znanymi z Wolnego strzelca aktorami – Jakiem Gylenhaalem oraz Rene Russo, a także z operatorem Robertem Elswittem. Jednak mimo podobnej tematyki oraz stałej ekipy, nowy film Gilroya wyróżnia się wyraźniejszą konwencją oraz zamyka swój scenariusz w gatunkowym nawiasie.

źródło: Slash Film

Velvet Buzzsaw wciąga nas do świata sztuki wysokiej, pełnego manipulacji gustem, judaszowych pocałunków i statystów biegających wokół z kawami ze Starbucksa na wynos. To środowisko obserwujemy z perspektyw szerokiego wachlarza osób dramatu, powołanych do życia przez świetną obsadę. Mamy tu między innymi szorstkiego, wpływowego krytyka Morfa Vandelwalta (Jake Gylenhaal), managerkę galerii sztuki Rhodorę Haze (Rene Russo), sekretarkę Coco (Natalia Dyer), a także centrum ich biznesu, czyli artystów Piersa (John Malkovich) i Damrisha (Daveed Diggs).

Źródło: ArtNet News

Dzięki tak szerokiemu polu widzenia, Gilroy sprawnie przedstawia chmarę sępów krążących nad artystami, którym w głowie tylko prestiż i pieniądze. Są gotowi sprzedać nawet bezwartościowe worki na śmieci, wypełnione odpadkami materiałów za grube miliony, jako metaforę… czegokolwiek. Jak mówi w jednej scenie postać grana przez Russo „Nie sprzedajemy dóbr trwałych, oferujemy percepcję”. Oczywiście, tam gdzie jest zbrodnia, musi być i kara, a za splamienie sztuki, która jest jedną z najistotniejszych rzeczy odróżniających ludzi od zwierząt, kara musi być sroga. Manifestuje się ją za pośrednictwem dzieł malarskich, pozostawionych po zmarłym w tajemniczych okolicznościach, nikomu nieznanym malarzu. Jak się później okazuje, jego życie było pełne cierpienia, a to co robią z jego dziełami bohaterowie, jest dalekie od jego intencji. Zdaje się to nawiązywać w ciekawy sposób do pojęcia „śmierci autora”, która oznacza odrzucanie interpretacji sztuki przez pryzmat jego intencji. Konsekwencje, do których to prowadzi, są krwawe. Połączenie satyry i horroru stawia obraz w ciekawym kluczu interpretacyjnym.

 

Mimo lotnych ambicji, jest to film przede wszystkim rozrywkowy i dość przystępny w odbiorze. W ten sposób niełatwo osądzić, czy produkcja pada ofiarą tej samej pretensjonalności co bohaterowie, przeprowadzając osąd nad ich czynami czy też jest lekkostrawnym pokarmem dla myśli, dającym frajdę, przy okazji zmuszając do lekkich refleksji, nie udając, że zna odpowiedzi na górnolotne pytania, które zadaje.

Trudno z czystym sercem i rozumem rozkładać na części pierwsze film, który jawnie wyśmiewa i krytykuje samą zasadniczość krytycyzmu sztuki. Recenzje Morfa mają czasem drastyczny wpływ na życia pozostałych bohaterów, pomimo bycia tylko słowami jednostki, a manipulacyjna siła jego opinii zostaje wykorzystana w niecnych celach. Mogę chwalić aktorstwo, kolorowe dialogi, solidne, acz lekko zachowawcze zdjęcia Elswitta czy ponarzekać na mało straszne sceny zgonów i miejscami zgrzytające przedstawienie relacji między bohaterami, wykorzystując autorytet krytyka i filmową edukację. Do niektórych to przemówi, jednak do innych, których wspomniana wcześniej percepcja postrzega świat inaczej, to tylko nic nieznaczące słowa. Nieważne, ile parametrów sztuki jest wymiernych, nadal nie jest ona matematyką, a gusta, choć są lepsze i gorsze, wciąż będą osobiste i przeważnie niezmienialne. Ci z was, którzy zagłębiają się w sztukę, zanalizują tę produkcję wzdłuż i wszerz, tak jak każdy inny twór kulturowy, a pozostali obejrzą ten netflixowy projekt, pośmieją ze snobistycznych bohaterów, wzdrygną się na scenach zemsty sztuki ożywionej na materialistycznych zdrajcach ideałów, a później o nim zapomną.

Przecząc mojemu chwilowemu zwątpieniu w rolę krytyka, Velvet Buzzsaw jednak polecam, ponieważ jakkolwiek na ten film nie spojrzeć, to stymulujący kawałek kina, stworzony przez utalentowanych ludzi, których pasja jest odczuwalna. Jeśli miałbym użyć kulturoznawczych terminów, nazwałbym ten Netlix Original fuzją Portretu Doriana Grey’a z The Ring. Oczywiście można kwestionować w ten sposób wartość dzieła, którego oryginalność jest tylko powierzchowna, ale czy posiadamy cokolwiek poza własną opinią? Każda nowa wersja historii, którą widzieliśmy wcześniej, wciąż stanowi paliwo do dyskusji poprzez naginanie jej elementów. W ten sposób znajdujemy się w niekończącym cyklu kłótni i zmieniających się nurtów, których wartość jest ulotna i ograniczona w czasie. Prowadzi mnie to do wniosku, że trochę jak w filmie, sztuka jest potworem, którego stworzyliśmy, a on wymknął się nam spod kontroli.

 

—————————————

Artykuł przygotował: Jakub Trojanowski

Absolwent Warszawskiej Szkoly Filmowej. Połowa podcastowego duetu „Filmoholicy”. Kocha kino w kazdym gatunku i z każdej dekady. Uważa filmy za okna, przez które można ujrzeć całą ludzką kulturę, zarówno z dobrej, jak i złej strony.