Zastanawiasz się jak spożytkować swój wolny czas wakacyjny? W dzisiejszym artykule przedstawiamy propozycje filmowe warte obejrzenia.
Pełne recenzje znajdziesz w linku pod każdym filmem…

Mamma Mia

Twórcy “Mamma Mia: Here We Go Again!” zrobili wszystko, co w ich mocy, by w dwie godziny wcisnąć jak najwięcej piosenek ABBY i zachować iluzję tego, że wciąż mamy do czynienia z kinową fabułą. Scenki rodzajowe są więc bardzo zwięzłe i najczęściej kończą się po kilku kwestiach dialogowych. Wysiłek, jaki ekipa Ola Parkera włożyła w przygotowanie nowych aranżacji hitów szwedzkiej grupy, docenią wszyscy fani Anni-Frid, Benny’ego, Björna i Agnethy. Mamy więc całą masę pomysłów na wplecenie piosenek w fabułę (na przykład “Waterloo” śpiewane jest we francuskiej restauracji). Praktycznie cała obsada otrzymała okazję popisania się swoimi umiejętnościami wokalnymi. A ci, którym śpiewanie nie do końca dobrze wychodzi, zostali łagodnie potraktowani. Choreograficznie też wszystko wypada świetnie – jest kolorowo i dynamicznie na tyle, że fani mogą mieć problemy z usiedzeniem na miejscu.

 

 

Parker postarał się też, by film nie zraził do siebie tych widzów, którzy kochają musical Lloyd. Idea przyświecająca produkcji jest łatwa do odczytania. Całość bazuje na sentymencie fanów, którzy pragną raz jeszcze poczuć klimat “Mamma Mii!”, ale niekoniecznie chcą ją oglądać, bo znają ją już na pamięć. Film powtarza i rozbudowuje historię, którą poznaliśmy w oryginale, dodając do niej tylko drobne elementy (jedynym istotnym jest tak naprawdę pojawienie się babki, którą zagrała Cher).

Niestety ci, którzy na “Mamma Mia: Here We Go Again!” wybiorą się dla samego filmu, licząc na ciekawą historię, będą srodze zawiedzeni. Akcja rozgrywa się jednocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych (współcześnie i pod koniec lat 70.). Każda z nich składa się z kilku wątków fabularnych, które twórcy próbują rozwijać w krótkich przerwach między kolejnymi piosenkami. Jak nietrudno się domyślić, na dobre opowiedzenie wciągającej historii nie starczyło zwyczajnie czasu.

Jeśli chodzi o wątki z trzema młodymi ojcami Sophie, tylko jeden (Sama) spełnia narracyjne minimum przyzwoitości. Młode przyjaciółki matki Sophie zauważa się praktycznie wyłącznie dlatego, że postarano się, by grające je aktorki bardzo przypominały wyglądem i zachowaniem swoje starsze odpowiedniczki. Zaś jeden z wątków ze współczesnej linii narracyjnej został skutecznie zniszczony spoilerami w zwiastunach. Jeśli więc w ogóle zapamiętuje się bohaterów filmu, to nie ze względu na to, co im się przydarza, ale z powodu sympatii wobec aktorów. Najlepszym tego przykładem jest młody Harry, którego wątek przemyka przez ekran lotem błyskawicy. Jednak grający go Hugh Skinner wypada na tyle uroczo (szczególnie w scenie z Colinem Firthem), że mimo wszystko może być mile wspominany przez widzów.

Pełny tekst autorstwa Marcina Pietrzyka

 

Ant Man i Osa

 

Wśród filmowych cegiełek, z których zbudowano dotąd uniwersum Marvela, trudno chyba o dwie  bardziej różniące się od siebie produkcje niż “Avengers: Wojna bez granic” oraz “Ant-Man i Osa”. Pod względem skali realizacji widowisko braci Russo to jak dotąd najwystawniejsza produkcja w dziejach studia: z kilkudziesięcioma bohaterami, fabułą rozgrywającą się równocześnie w kilku galaktykach oraz niebotycznie wysoką stawką pojedynku między siłami dobra i zła.

Na tle “Avengersów”dzieło Peytona Reeda jawi się niczym kameralna komedia familijna. Choć nie brak tu rewii efektów CGI (budżet wyniósł 160 milionów dolarów!), sercem filmu pozostaje opowieść o dwóch rodzinach szukających sposobu na to, by ponownie zjednoczyć się z bliskimi. To nie przypadek, że oba tytuły trafiły do kin w kilkumiesięcznym odstępie. Po apokaliptycznej nawałnicy przyszło chwilowe rozpogodzenie. Epicką narrację zastąpiło bardziej intymne opowiadanie. Makro przeszło w mikro.

 

Nie łudźcie się: jeśli jakimś zrządzeniem losu postanowiliście rozpocząć przygodę z MCU dopiero teraz na wysokości 20. odcinka cyklu, będziecie potrzebować czasu, by połapać się w meandrach historii. W prologu twórcy bez ostrzeżenia wrzucają widza w sam środek akcji, z której trudno cokolwiek zrozumieć, jeśli nie widziało się pierwszej części. Dezorientacja zaczyna ustępować miejsca rozbawieniu, gdy na ekranie pojawia się połówka tytułowego duetu, Scott Lang vel Ant-Man (Paul Rudd).

Poczciwy eks-złodziej, z którym widzieliśmy się ostatni raz na lotnisku w Lipsku w “Wojnie bohaterów”, doprowadził wreszcie do ładu życie prywatne i zawodowe. Udało mu się pogodzić z byłą żoną i nadrobić stracony czas z ukochaną córką Cassie, ponadto wraz najlepszym kumplem Louisem (Michael Peña raz jeszcze deklasuje kolegów z obsady) zdołał rozkręcić firmę zajmującą się zabezpieczeniami. Kiedy więc wydaje się, że Scott jest już o krok od wyjścia na prostą, kłopoty dopadają go na nowo.

Pełny tekst autorstwa Łukasza Muszyńskiego

Niezwykła podróż Fakira, który utknął w szafie

“Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie” mogłaby się spokojnie znaleźć we współczesnym kanonie “Baśni tysiąca i jednej nocy”. To widz jest sułtanem, którego oczaruje swoją opowieścią Szeherezada. Co prawda, w filmie miejsce kobiety zajmuje mężczyzna, ale wystarczy kilka minut, by każdy znalazł się pod urokiem historii snutej przez Ajatashatru Oghasha Rathoda (fantastyczny Dhanush).

Opowiada on o swoim życiu: od dzieciństwa spędzonego w biedzie na ulicach Mumbaju po młodość upływającą na niezwykłej podróży przez pół Europy. Nominalnie jego publiczność stanowi trzech ulicznych rozrabiaków, którzy właśnie zostali skazani na pobyt w poprawczaku za drobne kradzieże. Aja więc dość swobodnie traktuje swoją biografię, dodając do historii całą masę niezwykłych, wręcz magicznych momentów. W rzeczywistości jednak jego opowieść skierowana jest do widzów, a naginanie rzeczywistości skrzętnie wykorzystuje reżyser, by pokazać świat pełen magii i niesamowitych zbiegów okoliczności. Efektem tego jest niekończący się korowód scen tak zabawnych, że wielokrotnie będziecie wybuchać gromkim śmiechem.

 

Komediowym żywiołem okazuje się pochodzący z Indii odtwórca głównej roli Dhanush. Najbardziej trywialną scenę potrafi rozsadzić swoją nieokiełznaną energią i czarującą ekranową charyzmą, nawet żarty wtórne i oczywiste zamieniając w perełki humoru. Ale pozytywna energia to również duża zasługa samego reżysera i jego równie nieskrępowanej wyobraźni.

Ken Scott w wielu momentach zaskoczy widzów nietuzinkowymi pomysłami w rodzaju rozśpiewanej sekwencji na angielskim komisariacie policji czy szalenie kolorowej sceny tanecznej rodem z największych hitów Bollywoodu.

 

Pełny tekst autorstwa Marcina Pietrzyka

 

Jeśli jednak chcesz znaleźć się po drugiej stronie ekranu to kliknij TUTAJ i dołącz do VENDO.  Nowe propozycje ról w filmach i serialach pojawiają się każdego dnia a castingi odbywasz przez aplikację – nie wychodząc z domu!